„Lepsze życie” – recenzja

Jest ich w Stanach około 7 milionów, a każdy z nich żyje w strachu, bo w każdej chwili jego życie może lec w gruzach. Sami Amerykanie nie pałają do nich miłością, a jednocześnie nie potrafią sobie wyobrazić bez nich życia. O kim mowa? O nielegalnych imigrantach z Meksyku rzecz jasna.

Tematyka, którą porusza najnowszy film Chrisa Weitza raczej nie jest za Oceanem zbyt popularna. Zresztą głośnych filmów w Polsce o imigrantach zza Naszej wschodniej granicy też nie uświadczymy. A szkoda, bo tworzą oni swego rodzaju ciekawy mikroświat. Żyją obok, jakby niezauważeni…

Bohaterem „Lepszego życia” jest Carlos Galindo (Demián Bichir), rzeczony nielegalny imigrant Z Meksyku. Żyje on wraz synem Luisem (José Julián) w pozornym spokoju gdzieś we wschodnim Los Angeles już kilkanaście lat. Spokój jest pozorny, bo Pan Galindo nie zna dnia ani godziny, w której do jego drzwi zapukać może Urząd Imigracyjny. W międzyczasie nasz bohater, próbuje sobie i swojemu synowi zapewnić tytułowe lepsze życie. Jest to o tyle trudne, że będąc nielegalnym imigrantem trudno jest pracować inaczej niż dorywczo i fizycznie. Pewnego dnia nadarza się jednak okazja do rozkręcenia własnego biznesu. Dotychczasowy szef Carlosa postanawia wrócić do Meksyku, a cały majątek swojej firmy – dostawczy samochód i bazę klientów potrzebujących taniej ogrodniczej pomocy – sprzedaje swojemu pracownikowi. Niestety to co miało się stać zaczątkiem lepszego życia jest początkiem problemów…

„Lepsze życie” to film, który nie przypomina wielkiej kinowej produkcji. Wygląda, a i w takim sam sposób się go ogląda, jak telewizyjna nowelka. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób przyjemności ze śledzenia poczynań Carlosa i Luisa. Ponadto film jest praktycznie monowątkowy i dzięki temu ogląda się go niemal jednym tchem i ni stąd i ni zowąd pojawiają się napisy końcowe. Dlatego też odczuwam lekki niedosyt po jego obejrzeniu. Akcja urywa się w najbardziej interesującym momencie, a wątpię w to, że producenci planują sequel…

Jak już wspomniałem, film jest łatwy i przyjemny w odbiorze i to jest chyba jego największa zaleta, aczkolwiek raczej na długo w pamięci nie pozostanie. Przynajmniej mojej. Nawet gra nominowanego do Oscara Demiána Bichira na kolana nie powala, ot solidne rzemiosło. Mimo wszystko obejrzeć warto.

Ocena Culture Nook:

Reklamy

Posted on Marzec 5, 2012, in Film and tagged , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: