„Zombieland” – recenzja

Uwielbiam tematykę zombie, zarówno filmową jak i grową. Dlatego staram się być na bieżąco z powstającymi produkcjami, których w ostatnich latach wysypało się sporo. Jedną z nich jest Zombieland z 2009 roku, które pomimo swojej komercyjności, zebrało całkiem przyzwoite recenzje. Los sprawił, że prawie przez 3 lata odkładałem obejrzenie tego filmu, aż do teraz, gdy wreszcie postanowiłem spędzić niedzielny wieczór w towarzystwie żywych trupów.

Zombieland przedstawia historię czwórki bohaterów, którzy muszą stawić czoło zarazie jaka opanowała Stany Zjednoczone. Columbus (Jesse Eisenberg) to odwierciedlenie klasycznego nerda, który w zderzeniu z rzeczywistością, nie jest w stanie uspokoić trząsących się rąk. Żyje według własnych wyimaginowanych zasad oraz marzy o prawdziwej miłości (sic!). Tallahassee (Woody Harrelson) to typowy twardziel, który nie tylko niańczy młodego fajtłape, ale także odwala całą brudną robotę (czytaj: zabija zombie i prowadzi samochód). Męski duet uzupełniają siostry Wichita (Emma Stone) i Little Rock (Abigail Breslin). Głównym celem naszej brygady jest przetrwanie i znalezienie miejsca, które okaże się izolacją dla skażonego wirusem świata.

Fabuła jest oklepana i niczym nowym nie zaskakuje widza. Na domiar tego została „upiększona” żałosnym humorem i wątkiem miłosnym, który tutaj pasuje, jak świni siodło. Scenariusz można spuścić w klozecie, poprawiając obiadową kupą, tak aby czasem nie mógł nigdy więcej wypłynąć. A co z resztą?

Reszta też jest żałosna. Zacznijmy od żywych trupów, które stanowić miały główną atrakcje imprezy. Niestety, ale reżyser Ruben Fleischer całkowicie pomylił balangi, ponieważ zamiast krwawej uczty, uraczył nas narracyjną popeliną nastoletniego chłopczyka. Film o zombie, bez zombie? Nie do końca. Wygłodniałe trupy pojawiają się w filmie, ale sceny z ich udziałem można policzyć na palcach obgryzionej ręki. Na cieplejsze słowa zasługuje tylko finałowa akcja w wesołym miasteczku, gdzie wreszcie film nabiera tempa i zaczyna się coś dziać na ekranie. Szkoda, że to wszystko dzieje się na 15 minut przed ukazaniem się napisów końcowych.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to najlepiej wypadł stary wyjadacz Woddy Harrelson, który cały czas trzyma poziom. Pozostali odegrali swoje role bez wyrazu i przekonania. Ich postacie emanowały sztucznością. Być może to wina beznadziejnego scenariusza i reżysera, który w taki sposób wyobrażał sobie tych bohaterów. Dialogi od samego początku śmierdziały sztampą i sprawiały wrażenie napisanych tuż przed kręceniem kolejnych scen filmu. Natomiast oprawa wizualna prezentuje się przyzwoicie. Ujęcia są przejrzyste, choć pozbawione brutalności. Nie ma tutaj żadnych strasznych lub drastycznych momentów.

Film jest krótki i nudny w odbiorze. Fani zombie niech trzymają się z daleka od tego „dzieła”, ponieważ w żadnym aspekcie rzeczona produkcja nie zaspokoi waszych pragnień. Wystarczy, że ja już zmarnowałem  czas na jego obejrzenie (do tej pory mi się odbija). Szanujcie swój czas i nie róbcie tego samego głupstwa.

Ocena Culture Nook:

Reklamy

Posted on Marzec 4, 2012, in Film and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink. 3 komentarze.

  1. Ej mi się nawet podobał! Aczkolwiek mam skrzywienie na punkcie filmów z zombie i produkcja musi być naprawdę kaprawa żebym kręcił nosem :D.

    Jedyne co mnie naprawdę drażniło w tym filmie to Eisenberg…

  2. Nie wiem, co ci się mogło w tym filmie podobać. Ta produkcja to jakiś smutny żart :/

  1. Pingback: Tekstowe archiwum | “Zombieland” – recenzja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: